zdjęcie

zdjęcie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczeniak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczeniak. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2013

Prawda i mity na temat wilczaków.

Nic mnie bardziej nie śmieszy, niż to gdy słyszę, lub czytam jak na temat psa którego mam w domu. Większość ludzi czerpię swoją wiedzę z internetu, najczęściej ze stron i portali, gdzie udzielają się domorośli znawcy którzy koło wilczaków nawet nie stali i powinni spłonąć za herezję.

  Tym sposobem dowiedziałam się już naprawdę wielu ciekawych rzeczy o sobie i Otim, często słyszę też różne dziwne pytania, dlatego postaram się odpowiedzieć na te najczęściej zadawane i sprostować trochę to na co zdarza mi się natknąć w sieci i co jeży mi włosy.

Pierwszą rzeczą opiszę, jest coś na co natykam się najczęściej, czyli wilczaki są zbyt niezależne aby przywiązać się do człowieka, są nawet bardziej nie zależne niż husky
 Otóż nie wiem kto to wydumał. Moi kochani ja uważam, że KAŻDY pies przywiązuję się do człowieka w mniejszym lub większym stopniu, ale to zależy od tego na co sobie tenże człowiek u psa zapracuje. Jeżeli będziemy trzymać zwierzę tylko po to żeby sobie było, nie będziemy z nim nic robić, nie będziemy szkolić, ani pracować to dlaczego pies miałby się do nas przywiązać? Na szacunek i przywiązanie trzeba sobie trochę zapracować, nie ma nic w pakiecie. Owszem, są rasy z którymi jest trudniej, jednak wilczaki moim zdaniem do nich nie należą. Są to psy silnie przywiązujące się do człowieka, do całego stada. Podam wam prosty przykład z życia Otiego:
Kiedy Marcin (mój narzeczony) wychodzi z domu i zostawia mnie z psami, to Oti biega po całym mieszkaniu popiskując., podlatuje do mnie, liże mnie jakby chciał powiedzieć: „tragedia, wyszedł, zostawił nas, a jak się zgubi? Jak nie wróci?” Co z tego, że Marcin wraca po 3 minutach bo poszedł tylko do sklepu, trzeba go przywitać tak jakby nie było go w domu rok (dodam tylko że Zjawa – mix husky – zazwyczaj tego typu „wydarzenia” przesypia i nie zaszczyci nawet wychodzącego Marcina spojrzeniem). Taka sama sytuacja ma miejsce gdy wychodzę ja albo któreś z nas zabiera gdzieś Zjawę. Dla Tośka jest tragedią gdy którykolwiek z członków rodziny znika mu z oczu i on nie może pójść sprawdzić co się dzieje. 
Tu od razu obalę drugi mit pt. „wilczak to pies jednego pana i słucha się tylko jednej osoby”.
Bullshit! Aby to sprostować należy powiedzieć, że to ja jestem główną „psiarą” u nas w domu, to ja uczę psy komend i zasad, ja trenuje rzeczy, które Marcin potem wykorzystuje i egzekwuje gdy jest potrzeba.

Kwiatki z Onet Zapytaj:
Siad jest dobry dla mopsów. Wilczaki siadają tylko przed osoba którą dażą szacunkiem i która jest w domu ALFĄ. Leżeć da sie nauczyć ale z trudem. Komendy "do mnie" może sie nauczyć i to nawet nie trzeba będzie go uczyć bo jeśli będzie cie uznawał za alfę to na twoje wezwanie przebiegnie niczym wilk do samca alfa...„

Muszę zmartwić autora tej wypowiedzi. Otóż wilczaki są psami, które odpowiednio zmotywowane nauczą się wielu rzeczy. Jeżeli dobrze dobierzemy nagrodę do psa,a nie koniecznie musi być to jedzenie, nauczymy wilczaka wszystkiego migiem, zwłaszcza podstaw. Siad umieliśmy już 1 dnia jak Oti był u nas, z waruj poszło trochę gorzej, bo Młody dość długo udawał, że nie wie o co kaman, ale wystarczyła zmiana nagrody i odpuscił. Trochę inaczej ma się sprawa z „do mnie”. Umieliśmy ją jako małolat, potem nagle nam wypadło z glowy co to znaczy, ale tylko po to, żeby teraz pozytywnie zaskoczyć podczas spacerów, a ten problem miał związek z... dojrzewaniem. Owszem, problem się pojawia, kiedy przychodzi odwołać psa od czegoś co już zdąrzyło wzbudzić w nim duże zainteresowanie np. biegnące w oddali sarny, królik, obcy pies. Wilczaki mają silnie rozwinięty instynkt łowiecki, dlatego trzeba uważać żeby nie przegapić odpowiedniego momentu bo później już będzie trudniej, ale nie jest to nie możliwe. Kluczem do wszystkiego jest praca, a nie zwalanie na rasę.


 
Kolejną rzeczą jaką usłyszałam jak jeszcze Tosiek był malutki (w trakcie szczepień szczenięcych) to, że pięknego mamy pieska, ale w wieku 7 miesięcy obudzi się w nim morderca, stanie się agresywny do ludzi i zwierząt i wilczy charakter przeważy. Opinia przeraziła mnie o tyle, że została wypowiedziana przez... lekarza weterynarii, do którego nota bene więcej nuż nie poszłam.
Otóż owszem, w wieku 6-7 miesięcy wilczaki zaczynają dorastać i w tym czasie zachodzą w nich pewne zmiany, jednak pomimo nie najlepszego socjalu (tak przyznaję się, że w najgorszym momencie, czyli właśnie w tym wieku byliśmy w trakcie i tuż po przeprowadzce i socjal nam trochę siadł) u Otiego nie zauważyłam żadnych oznak, które ową teorię mogłyby potwierdzić. Rzeczywiście, pojawiły się kłopoty w stylu o tego człowieka się przestraszę, bo jest taki straszny że sam jeden tylko wiem czemu się go boję, ale zaraz... Ja też nie wiem czemu, więc możę po prostu się z nim przywitam?
W tym wieku obudziła się w Otim chęć obrony terenu, która u nas objawia się szczekaniem na obcych pakujących się na teren/pukających do drzwi, ale znów muszę rozczarować kolejnego „znawcę” - żadnej agresji. Wilczaki nie stają się nagle terminatorami po prostu na tym etapie potrzebna jest im, jak również wielu innym rasom dodatkowa socjalizacja, pokazanie mu, że jego strachy są zupełnie bezpodstawne.



Czyli jaki jest wilczak czechosłowacki?

Wilczak to uparty, sprytny, wytrzymały i inteligentny pies o silnym charakterze. Bardzo oddany swojemu stadu, ale zachowujący dystans do obcych osób. Odpowiednio prowadzony nie sprawia problemów gorszych niż inne rasy. Wymaga jednak dużo pracy – wprowadzenie zasad i odpowiednia socjalizacja, która trwa przez całe życie psa. Jest to pies butny, który co jakiś czas sprawdza czy zasady nie uległy zmianie, dlatego tak ważna w życiu z nim jest konsekwencja w wychowaniu.
Wilczaki cierpią na ogromny lęk separacyjny – pozostawione same, niszczą, wyją, demolują. Da się jednak nad tym pracować. Są bardzo uczuciowymi psami, radosnymi, pełnymi empatii, które na wszystko reagują emocjonalnie (Tosiek jest jak taki emocjonalny barometr, doskonale wyczuwa kidy jestem zła czy smutna, kiedy trzeb przyjść mnie pocieszyć, a kiedy jestem radosna i zadowolona cieszy się razem ze mną). Ta rasa potrzebuje dużo ruchu, jednak należy pamiętać, że sam ruch, bez wysiłku psychicznego nie zmęczy wilczaka. Cechuje je bardzo wysoka wytrzymałość i błyskawiczna regeneracja (Oti gdy wraca po 2-3h ze spaceru po polach odsypia 10-30minut i jest gotowy iść dalej ;) ). Wilczaki są bardzo inteligentne i szybko się uczą zarówno rzeczy dobrych jak i tych, które nam się nie spodobają. Jeżeli posiadamy odpowiednią wiedzę, determinację i podejście, może uda nam się obejść bez specjalistycznych szkoleń. Ja jednak uważam że warto z takim psem robić coś więcej, dlatego jak tylko nadarzy się okazja, zapiszemy się z Młodym na kurs PT a potem IPO.



EDIT: 
Jeśli masz pytania odnośnie rasy pisz TU
Jako skarbnice wiedzy na temat wilczaków polecam forum WolfDog



wtorek, 23 kwietnia 2013

Tosiek kontra Bies, czyli Młody po raz pierwszy od 100 lat widzi drugiego wilczaka.


 

O kontaktach Otiego z innymi psami nie mogę napisać zbyt dużo ponadto co na blogu już się pojawiało. Jako szczeniak uwielbiał wszystkie psy, chociaż niekoniecznie wszystkie psy kochały jego. Jako podrostek uznał, że ujadający pies to wróg publiczny numer jeden z kwalifikacją do eksterminacji. 

Nie umiem również do końca przewidzieć, z którym psem dogada się bez problemu, a którego będzie chciał rozerwać na strzępy. Prostym przykładem będzie tu suka sąsiadów. Mają oni dorosłą, zrównoważoną sunie husky, której Oti nienawidzi do granic możliwości i najchętniej zjadłby ją na śniadanie. Co śmieszniejsze, nie dość, że wychowuje się pod jednym dachem ze Zjawą, która jest miksem husky, to kilka domów dalej ma zaprzyjaźnionego samca tej rasy.




Kiedy w końcu udało mi się umówić na spacer z jednym z warszawskich wilczaków i jego właścicielką, czyli super duetem jaki tworzą Ania z Biesem byłam trochę zaniepokojona. Bies jest tak jak Tosiek pełno-jajecznym samcem wilczaka czechosłowackiego. Obawiałam się, że dojdzie między nimi do spięć. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy Oti zapałał ogromną miłością do swojego starszego kolegi.






Z początku obaj panowie biegali w kagańcach, jednak szybko okazało się, że są one zupełnie zbędne i mogłyśmy je zdjąć. 

























Spacer zaliczam do bardzo udanych, mam nadzieję, że w końcu uda mi się spotkać z szerszym gronem warszawskich wilczaków i wilczakowców. Niestety jak na razie nie jestem się w stanie z nimi zgrać odpowiednio.



niedziela, 21 kwietnia 2013

Tośko-Zjawy i Zjawo-Tośki

 

Założenie tego bloga było takie, że w miarę chronologicznie będę przedstawiać Wam jak nam się żyje z wilczakiem i hasiorem pod jednym dachem.


Myślę, że w miarę dobrze udało mi się nakreślić sytuację z Otim, o Zjawie pisałam mało, bo tak naprawdę ona jest względnie bezproblemowa. Ma swoje różne odpały i widzimisie, ale to nie jest zazwyczaj nic nadzwyczajnego. Odkąd pojawił się u nas Oti, Zjawutek trochę zgłupiał i zdziecinniał (nie żeby wcześniej była jakoś wybitnie ustatkowana i dorosła). Zrzuciłam to na to, że praktycznie całe swoje dzieciństwo spędziła w schronisku, po prostu pozwalałam jej być dzieckiem na nowo i wszystkiego uczyłam po mału i można powiedzieć od początku (chociaż większość po prostu trzeba jej było tylko przypomnieć). 



Jedyna rzecz, która jej z tego zgłupienia została to przywołanie w otwartym terenie, tak jak wcześniej praktycznie bezstresowo mogłam ją spuścić na polu ze smyczy, tak teraz unikam tego jak ognia. Zjawuś puszczona luzem w ogrodzie pięknie zna komendę i reaguje, okrąża i siada, bez żadnego zawahania, tak samo ma się sprawa poza ogrodem na 20 metrowej lince. Jednak puszczona całkiem luzem, po prostu przestaje reagować i wpada w taką głupawkę, że nic do niej nie dociera. Dlatego Zjaw chodzi tylko na lince, ponieważ jest za dużo niebezpieczeństw dookoła, które mogły by jej się przytrafić, a to jest ostatnia rzecz jakiej byśmy dla niej chcieli. Pomijając to Zjawa może być żywym przykładem psa anioła. Nigdy nie kradnie jedzenia, smakołyki przyjmuje delikatnie, na smyczy już od dawna nie ciągnie, jest delikatna i uwielbia się przytulać, nie niszczy gdy wychodzimy z domu.
 


Często słyszę pytanie jak dogadują się nasze psy w domu. Otóż dogadują się bardzo dobrze. Bardzo przeżywają nawet chwilowe rozłąki, kiedy biorę na spacer tylko jedno z nich, a drugie musi zostać w domu. W ciągu dnia jak nic ciekawego się nie dzieje, spią obok siebie. Uwielbiają się bawić i to dzięki Tośkowi Zjawa nauczyła się używać zabawek. Z początku były różne problemy, jak to szczeniak kontra pies który już w domu był, ale to nigdy nie było nic strasznego, bo Zjawa od początku Tośkowi bardzo pobłażała. Pozwalała mu na wchodzenie sobie na głowe, bieganie po niej, ciągnięcie za łapy, uczy, ogon, na wyjadanie z miski (tu interweniowaliśmy zawsze my) i praktycznie nigdy nawet na niego nie burknęła. Zmieniło się to dopiero niedawno, chyba uznała, że już jest na tyle duży, że czas aby uważał na to co robi, chociaż między nami, dalej pozwala mu na za dużo. 



 
Przyznam się, że średnio pamiętam jakieś ciekawe wydarzenia w okresie od sierpnia do grudnia, przede wszystkim dlatego, że działo się wtedy w moim życiu dużo innych niekoniecznie związanych z psami, a bardzo ważnych dla mnie rzeczy. Dlatego pomału zacznę Wam opisywać to co dzieje się u nas w miarę na bieżąco. Jak mi się przypomni to będę uzupełniać wpisy o szczenięctwie Tośka, na pewno napiszę jeszcze o wilczakowym słuchu wybiórczym, czyli 'do mnie' mów ile chcesz, ale 'choć masz' wystarczy, że wyszepczesz... O dorastaniu Młodego i co tam tylko sobie przypomnę. Myślę, że prędko nie zabraknie przygód do opisywania, bo ostatnio jest u nas dość zabawnie. Niedługo rodzi się nam dziecko więc myślę, że dojdą również perypetie pso-dziecięce do opisywania. 

Tymczasem pozdrawiamy Was serdecznie: Marcin, Zjawa, Tosiek i ja.


czwartek, 11 kwietnia 2013

Raz na wozie raz pod wozem.



Od momentu przeprowadzki wszystko zaczęło się układać tak jak powinno. W końcu przestaliśmy się kłócić, bo jak łatwo sobie wyobrazić to ciągłe napięcie nie pomagało w normalnym funkcjonowaniu. Zaczęliśmy na powrót tworzyć fajną psio-ludzką rodzinę. Ubyło nam co prawda trochę bodźców do socjalizacji, a nie zawsze chciało nam się po pracy jeszcze jechać do Warszawy, ale w zamian za to przybyło nam fajnych miejsc do spacerów i szaleństw. Dodatkowo mieliśmy nasz własny, osobisty kawałek ogródka, w którym psy mogły się spokojnie wybiegać, czy po prostu pobyć na dworze. 







Młody rósł, z początku jak to wilczaki mają w zwyczaju bardziej przypominał kojoto-szczura niż psa, a co dopiero wilka. Jak pewnie dużo osób zauważyło, większość szczeniaków przechodzi etap 'brzydkiego kaczątka', a Oti... Oti wyglądał jak totalny wypłosz... Wielkie jak radary uszy, koślawe łapki i chude ciałko z odstającymi kośćmi. Śmiać nam się chciało jak na niego patrzyliśmy, zresztą nie tylko nam. Większość naszych znajomych nie była w stanie zrozumieć jak można kupić taką małą paskudę, jeszcze w dodatku z rodowodem?! 




Jednak dla mnie zawsze razem ze Zjawą byli najpiękniejszymi psami na świecie. Przełom w wyglądzie Otiego nastąpił koło 7-8 miesiąca. Ewidentnie wtedy wydoroślał i zaczął przypominać wilczaka. Dalej jednak zostały mu wielkie, okrągłe szczeniaczkowe oczka i zachowanie dzieciaka, które ma do dzisiaj. 


Jak nie trudno się domyślić zmiany nie zachodziły tylko w wyglądzie Młodego. Lato przyniosło też bardzo dużo zmian w jego charakterze, chociaż niekoniecznie były to zmiany na dobre. Malutki szczeniaczek zaczął pokazywać już nie tylko różki ale całkiem pokaźne rogi, jak na wilczaka przystało. Oti zaczął testować nas, naszą wytrzymałość i granice, czy aby na pewno nie da się ich przesunąć, a może nawet ustalić od nowa. Na spacerach zaczął głuchnąć, a w domu... W domu wykorzystywał każdą sposobność aby capnąć coś do jedzenia.
Oj tak, Oti był wiecznie głodny i nie ważne ile już zjadł, ciągle było mu mało!
Chyba na zawsze zapamiętam minę Marcina, kiedy Młody buchnął mu nad ramieniem kanapkę.
Siedzieliśmy obok siebie przy stole aż nagle znikąd, nad Marcina ramieniem pojawiła się szaro-ruda plama, a ułamek sekundy później talerz był pusty, a zza pleców dobiegało mlaskanie pełne satysfakcji... Dzisiaj na szczęście, mogę ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że Młody już tego nie robi. Dużo czasu zajęło odzwyczajenie go od tego, ale dzisiaj kiedy my jemy, Młody już nie drepcze nerwowo wokoło talerza, tylko grzecznie czeka w klatce.


wtorek, 26 marca 2013

Wołam Cię, wróć do mnie...



Opowiadając Wam naszą historię życia z psiakami nieuchronnie zbliżam się do najmniej przyjemnych wydarzeń ubiegłego roku. Jak pewnie niektórzy wiedzą, wilczaki cierpią na ogromny lęk separacyjny. Nie jest prawdą, powszechna opinia, że te psy jak husky nie przywiązują się do człowieka. Jest wręcz przeciwnie. Wilczaki sią psami bardzo przywiązanymi do swojego stada, każda nawet najmniejsza rozłąka wywołuje u nich ogromny ból i tęsknotę.


 Od kiedy Oti uznał nas za swoją rodzinę, towarzyszył mi wszędzie. Wstawałam z fotela, łóżka, od stołu, Młody wstawał razem ze mną i szedł tam gdzie ja. Jeżeli nie mógł iść ze mną, po prostu podnosił raban, a wiadomo, w wiele miejsc psa ze sobą zabrać nie można. Na nic zdawała się nasza praca nad zachowaniem Tośka i jego zostawaniem w klatce. Początkowo było to tylko cichutkie kwilenie, z czasem przeradzało się w wycie.

A jak wilk wyje, to wyje na całe gardło...

 

Jak wiadomo ludzie są różni i nigdy tak naprawdę nie wiemy na kogo trafimy, dlatego nie długo od zamieszkania Otiego u nas zaczęły się problemy z sąsiadami, dokładniej jedną sąsiadką. Chodziłam, rozmawiałam, tłumaczyłam, mówiłam, że to szczeniak, dziecko, że nie rozumie, że potrzebuje czasu. Wszystko na nic. Co dziwniejsze, kiedy pytałam innych sąsiadów, to nic nikt nie słyszał.. Słyszała tylko pani zza ściany, a słyszała różne rzeczy. Raz oskarżyła nas o to, że mamy w domu stado psów, innym razem, że psy się zagryzają, jeszcze innym że wygryzają ściany kiedy nas nie ma, że zwierzęta są głodzone, bite, itd., itd. Wraz z upływem czasu Pani przeszkadzało każde nasze wyjście z domu, nie tylko te do pracy, ale nawet te 5 minutowe do sklepu. Większość kończyła się wezwaniem policji przez sąsiadkę lub telefonem do osoby wynajmującej nam mieszkanie. W pewnym momencie zostaliśmy tak osaczeni przez tą kobietę, że na każde nasze wyjście z domu przyjeżdżała do nas siostra mojego narzeczonego, zaopiekować się psami!

 Mieliśmy więc niańkę do psa, byleby tylko była w domu cisza!

 

Jak możecie sobie wyobrazić długo tak nie wytrzymaliśmy. Już po miesiącu wiecznych awantur byliśmy psychicznymi wrakami, nie mieliśmy siły ani do walki z sąsiadką, ani do prób nauczenia Tośka zostawania w ciszy...
I z pomocą znów przyszedł maj, to chyba będzie miesiąc zmian na lepsze w naszym życiu.
Przeprowadziliśmy się, wyprowadziliśmy się z Pruszkowa, zamieszkaliśmy bliżej Warszawy, w domku jednorodzinnym. Mamy teraz własny kawałek ogródka, nie mamy upierdliwych sąsiadów. Odżyliśmy. Odżyły też psy, bo możecie mi wierzyć lub nie ale nie minęły dwa miesiące mieszkania tu, jak Oti uspokoił się i przestał się awanturować o zostawanie samemu.








Przy okazji tej historii, nie mogę się powstrzymać od napisania czegoś. Wielu ludzi widząc Otiego na facebooku, czy na photoblogu pyta mnie skąd i za ile kupić szczeniaka, bo ma takie słodkie oczka, bo jest taki rozkoszny, wilczo wygląda, itp. Zawsze wtedy odpowiadam, że koszt szczeniaka, to możliwy najmniejszy koszt jaki poniesiemy przyjmując pod dach wilczaka (ale myślę, że to ma odniesienie do innych psów również). Spotykam się wtedy zazwyczaj z oburzeniem, czasem agresją i pytaniami "ale niby jakim cudem?".  Otóż moi drodzy właśnie tak, pies to żywe zwierze, stworzenie, któremu nie wszystko da się łatwo i szybko wytłumaczyć, nauczyć, oduczyć. Mówimy tu o sprowadzeniu pod dach przyjaciela, nowego członka rodziny, więc pytanie nie brzmi "ile kosztuje szczeniak" tylko do jakich kosztów i wyrzeczeń jesteście w stanie się posunąć, co jesteście w stanie poświęcić, jeżeli pojawią się problemy, a przy wilczaku pojawią się na pewno. To tylko kwestia czasu.

sobota, 23 marca 2013

Niezbyt duży wilk w niezbyt dużym mieście





Pierwsze poważne spacery (czyli takie w trakcie których mały spacerował o własnych łapkach po wszystkim) zaczęliśmy z Otim w marcu, mieszkaliśmy wtedy jeszcze w Pruszkowie, zwiedzaliśmy więc miasto i miejskie parki, chodziliśmy na peron pooglądać pociągi i ludzi, czasem stawaliśmy przy największym skrzyżowaniu w okolicy i po prostu patrzyliśmy na otaczający nas świat. Na ciężarówki, samochody, ludzi na rowerach, z wózkami i psami. Oti jako młodziak był bardzo odważnym i ciekawskim stworzeniem.
Szczeniak wilczaka przyciąga wzrok i uwagę więc osób chcących go zaczepić było sporo. Nie raz też słyszeliśmy przeróżne teorie na temat jaka to rasa nam towarzyszy. Oti był kundelkiem, wilkiem, liskiem, kojotem, skundlonym husky tudzież owczarkiem niemickim. Jednakże nie ważne jaką fascynację wywoływał, dla niego obcy po prostu mogli nie istnieć, nigdy nie przepadał za nieznajomymi. Na mnie nawet w dużym rozproszeniu potrafił się skupić, świetnie reagował na imię. Ludzie których widział pierwszy raz na oczy mogli za to ciumkać, cmokać, gwizdać, wołać, Oti pozostawał nie wzruszony i albo patrzył na mnie, albo po prostu beztrosko zwiedzał okolicę. Do dzisiaj pamiętam reakcję moich rodziców, kiedy pierwszy raz spotkali Młodego, kucnęli żeby przywitać się z nim, a on po prostu udał, że ich nie widzi.
Wtedy zastanawiałam się, czy to oby na pewno dobre, czy nie powinnam z nim popracować nad tym, teraz z perspektywy czasu cieszę się, że Oti trzyma dystans do obcych, ale jak to mówią jaki pan..
















Zupełnie inaczej było z obcymi psami - tu sprawa miała się odwrotnie niż w przypadku ludzi, nie każdy pies kochał Otiego, za to Oti kochał wszystkie możliwe okoliczne burki, bez względu na kolor, kształt i rozmiar. W naszym sąsiedztwie było stosunkowo mało innych czterołapnych które rozumiały co nasze bure wilczątko od nich chce, a jeszcze mniej takich których właściciele nie uciekali w popłochu kiedy Oti zaczynał się bawić. Wilczaki mają bardzo specyficzny sposób zabawy. Oczywiście początkowo Bury oddawał starszym psom wszelakie należne pokłony i okazy szacunku, jednak po chwili gdy już dostał przyzwolenie na zabawę zamieniał się jak na wilczaka przystało w małego diabła-terrorystę. Ulubionym elementem zabawy z innymi psami bylo dla Młodego łapanie za tylne łapy i uniemożliwianie ucieczki, a im przeciwnik bardziej się złościł, tym zajadlej był kąsany. 

Generalnie jednak spacery z Młodym były bardzo przyjemne. Bardzo ładnie współpracował już od pierwszych spacerów, nigdy nie musiałam jakoś wybitnie uczyć go chodzenia na smyczy, czy oduczać jej gryzienia, nie szarpał, słuchał co się do niego mówi. Puszczony bez smyczy pięknie reagował na przywołanie, nawet w wirze zabawy pamiętał jak ma na imię i co znaczy "chodź tu". Czasem przyklejał się do mojej nogi do tego stopnia, że trudno mu było zrobić jakiekolwiek zdjęcie.

Jedynym problemem, który zresztą został mu do dzisiaj było zbieranie wszelakich śmieci. 
Oczywiście pracowaliśmy nad komendą 'zostaw' i dalej nad nią pracujemy, ale na chwilę obecną (dodam, że minął rok odkąd zaczęliśmy wychodzić na dwór) ma ona rację bytu tylko kiedy młody jest na smyczy i w zasięgu mojego wzroku. A gust ma wyjątkowo wyszukany. Oprócz papierków po jedzeniu uwielbia zbierać owoce (niekoniecznie świeże), zaschnięte, rozjechane żaby, zdechłe krety, ślimaki i wszystkie inne pyszności, po których zazwyczaj ma kosmiczne problemy z żołądkiem.

piątek, 22 marca 2013

Daj mi to co chce!

Jak już wcześniej wspomniałam wilczaki są małymi manipulatorami. Błyskawicznie wyczuwają człowieka, z którym mają do czynienia i naginają go do swoich potrzeb. 


Czasem robią to tak sprytnie, że zanim się spostrzeżesz masz już na nogach buty i biegniesz co sił w nogach na spacer bo przecież pieseczek musi... I wtedy dociera do Ciebie, cholera, przecież niecałą godzinę temu wróciliście ze spaceru... A paszcza na którą w tym momencie właśnie patrzysz odwzajemnia spojrzenie i zdaje się mówić 'ha-ha! Znowu Cie nabrałem!'


O tym, że szczeniaki to cwane bestie chyba nie muszę nikomu mówić. Doskonale zdają sobie sprawę z tego jakie są rozkoszne i za wszelką cenę próbują dostosować otaczający je świat do swoich potrzeb. Kto by się nie ugiął przed tym niewinnym spojrzeniem, uroczą gapowatością i przekonującym płaczem...

Kiedy Młody do nas trafił miał ewidentnie swój pomysł na życie, otóż Oti bardzo lubił zaznaczać swoją samodzielność i indywidualizm poprzez utwierdzanie nas w przekonaniu, że cierpi przeokrutne męki kiedy robiliśmy coś na co nie miał ochoty, a do rzeczy „na które nie miał ochoty” należy wliczyć WSZYSTKO co go dotyczy i nie wychodzi z jego inicjatywy (pomijając karmienie bo na to zawsze miał ochotę) czyli dotykanie, podnoszenie, przytrzymanie, czesanie, założenie obroży, etc etc. Pies w wyniku wyżej wymienionych czynności wpadał nagle w udawaną histerię, zaczynał wyć, drzeć się w niebo głosy, jakby go ktoś obdzierał ze skóry, czasem wręcz gryźć (przy czym nie było to szczeniaczkowe gryzienie dla zabawy, to było gryzienie a'la "zabije twoją rękę jak nie przestaniesz") i powarkiwać. Czasami sam zapominał o co tak naprawdę chodzi. Nie wynikało to bynajmniej z zaniedbania hodowcy, ponieważ byłam, widziałam, sprawdziła, ufam bezgranicznie (mimo tego że złą kobietą jest i dobrze wie dlaczego! =) ), nie wynikało również z tego, że psu działa się u nas jakakolwiek krzywda.
Po prostu ten model tak miał i próbował swoją wole i sposób na życie narzucić nam. Gdyby trafił do kogo innego, to może i by mu się to udało, ale nie z nami te numery, ja już się na Tobie poznałam, diabełku.


Pierwszy miesiąc wspólnego życia spędziliśmy więc na pokazaniu Młodemu, że awanturowaniem i wymuszaniem nic nie wskóra. Ktoś może powiedzieć, że to nie ludzkie, że powinnam pozwolić pieskowi być takim jaki jest. Owszem, pozwalam mu być jakim jest, ale na moich warunkach. Nie do pomyślenia dla mnie było, abym nie mogła własnego psa podnieść z ziemi, albo obejrzeć mu łap. Siadałam więc z Otim na kolanach przy komputerze, na łóżku, przed telewizorem i tak sobie siedzieliśmy, on wył i rozpaczał nad swoim losem, a ja zupełnie nie wzruszona dotykałam go po całym wstrętnym burym cielsku, zaglądałam do uszu, macałam po łapkach, ogonie i czekałam aż zauważy, że zupełnie nic mu się nie dzieje.
Uwierzcie mi czasem było trudno, zwłaszcza jak po 1,5 godzinie wycia nic nie zapowiada rychłego końca, nigdy jednak nie puściłam go zanim się nie uspokoił. Czasami zasypiał mi na kolanach i popiskiwał jeszcze przez sen, straszne?
Może i straszne, ale dzięki temu mam psa z którym mogę zrobić wszystko.
Nie przyszło mi to łatwo, ani nie było tak od razu. Tym co mnie sprowokowało do podjęcia konkretnych, świadomych kroków w utemperowaniu Otiego było to, że podczas próby podniesienia go z ziemi prawie straciłam oko. Z dzikim warkotem Mały rozciął mi powiekę i dopiero wtedy powiedziałam basta.

Dzięki temu właśnie mogę teraz patrzeć uśmiechając się półgębkiem jak koleżanka, która ma labradora żali się, że nie może mu w spokoju obciąć pazurków.