Opowiadając Wam naszą historię życia z psiakami nieuchronnie zbliżam się do najmniej przyjemnych wydarzeń ubiegłego roku. Jak pewnie niektórzy wiedzą, wilczaki cierpią na ogromny lęk separacyjny. Nie jest prawdą, powszechna opinia, że te psy jak husky nie przywiązują się do człowieka. Jest wręcz przeciwnie. Wilczaki sią psami bardzo przywiązanymi do swojego stada, każda nawet najmniejsza rozłąka wywołuje u nich ogromny ból i tęsknotę.
A jak wilk wyje, to wyje na całe gardło...
Jak wiadomo ludzie są różni
i nigdy tak naprawdę nie wiemy na kogo trafimy, dlatego nie długo
od zamieszkania Otiego u nas zaczęły się problemy z sąsiadami,
dokładniej jedną sąsiadką. Chodziłam, rozmawiałam, tłumaczyłam,
mówiłam, że to szczeniak, dziecko, że nie rozumie, że
potrzebuje czasu. Wszystko na nic. Co dziwniejsze, kiedy pytałam
innych sąsiadów, to nic nikt nie słyszał.. Słyszała tylko
pani zza ściany, a słyszała różne rzeczy. Raz oskarżyła
nas o to, że mamy w domu stado psów, innym razem, że psy się
zagryzają, jeszcze innym że wygryzają ściany kiedy nas nie ma, że
zwierzęta są głodzone, bite, itd., itd. Wraz z upływem czasu Pani
przeszkadzało każde nasze wyjście z domu, nie tylko te do pracy,
ale nawet te 5 minutowe do sklepu. Większość kończyła się
wezwaniem policji przez sąsiadkę lub telefonem do osoby
wynajmującej nam mieszkanie. W pewnym momencie zostaliśmy tak
osaczeni przez tą kobietę, że na każde nasze wyjście z domu
przyjeżdżała do nas siostra mojego narzeczonego, zaopiekować się
psami!
Mieliśmy więc niańkę do psa, byleby tylko była w domu cisza!
Jak możecie sobie wyobrazić
długo tak nie wytrzymaliśmy. Już po miesiącu wiecznych awantur
byliśmy psychicznymi wrakami, nie mieliśmy siły ani do walki z
sąsiadką, ani do prób nauczenia Tośka zostawania w ciszy...
I z pomocą znów
przyszedł maj, to chyba będzie miesiąc zmian na lepsze w naszym
życiu.
Przeprowadziliśmy się, wyprowadziliśmy się z Pruszkowa, zamieszkaliśmy bliżej
Warszawy, w domku jednorodzinnym. Mamy teraz własny kawałek
ogródka, nie mamy upierdliwych sąsiadów. Odżyliśmy.
Odżyły też psy, bo możecie mi wierzyć lub nie ale nie minęły
dwa miesiące mieszkania tu, jak Oti uspokoił się i przestał się
awanturować o zostawanie samemu.





Przy okazji tej historii, nie mogę się powstrzymać od napisania czegoś. Wielu ludzi widząc Otiego na facebooku, czy na photoblogu pyta mnie skąd i za ile kupić szczeniaka, bo ma takie słodkie oczka, bo jest taki rozkoszny, wilczo wygląda, itp. Zawsze wtedy odpowiadam, że koszt szczeniaka, to możliwy najmniejszy koszt jaki poniesiemy przyjmując pod dach wilczaka (ale myślę, że to ma odniesienie do innych psów również). Spotykam się wtedy zazwyczaj z oburzeniem, czasem agresją i pytaniami "ale niby jakim cudem?". Otóż moi drodzy właśnie tak, pies to żywe zwierze, stworzenie, któremu nie wszystko da się łatwo i szybko wytłumaczyć, nauczyć, oduczyć. Mówimy tu o sprowadzeniu pod dach przyjaciela, nowego członka rodziny, więc pytanie nie brzmi "ile kosztuje szczeniak" tylko do jakich kosztów i
wyrzeczeń jesteście w stanie się posunąć, co jesteście w stanie poświęcić, jeżeli pojawią się problemy, a przy wilczaku pojawią się na pewno. To tylko kwestia czasu.